O autorze
Tłumaczka, dziennikarka, poetka. Introwertyczka obserwująca świat i ludzi z bezpiecznej odległości. Skończyła lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim. Nieustannie zafascynowana słowem, językiem, ludźmi, muzyką.

Najnudniejsze miejsce na świecie

Kiedyś sądziłam, że nie ma nudniejszego miejsca niż to, w którym się wychowałam. Teren płaski jak stół, morze i góry 300 km stąd. Środek Mazowsza. Jako dziecko odliczałam dni do wakacji, żeby móc jak najszybciej stąd uciec. Z czasem wszystko się zmieniło i zaczęłam uciekać tutaj.

Mazowsze chyba mało komu kojarzy się z ekscytującą atrakcją turystyczną. Małe mazowieckie miasteczka i wsie pewnie jeszcze mniej. Nie dziwię się więc setkom samochodów, które tędy przejeżdżają, ale nigdy się nie zatrzymują. Też kiedyś byłam wściekła, że się tu zatrzymałam. Z Mazowsza uciekają zmęczeni warszawiacy i jeszcze bardziej zmęczeni przyjezdni. Uciekają w poszukiwaniu tego, co jest tutaj, na wyciągnięcie ręki.


Dojrzałam do tego, że nizina to przestrzeń, której nic nie ogranicza. Że jak w dowcipie góry nie zasłaniają widoku a ja lubię mieć „widok”. Uwielbiam pola w kratę, które kończą się na horyzoncie. Zagajniki, polany, łąki przecięte wąskimi krętymi rzekami. Przesmyki między ścianami zieleni, a na nich sarny, zające, bociany. Cudowne warzywa, owoce, grzyby. Dojrzałam do tego, że najlepszy smak na świecie ma tutejszy słodko-kwaśny, dojrzały pomidor o gałązkach pachnących tak, że najlepszym perfumiarzom nadal nie udało się tego zapachu odtworzyć.

Mazowsze to dużo więcej niż kilka miast, które wzbudzają w turystach wątpliwe emocje. To miejsce, którego widok wycisza i które żyje życiem przyrody i ludzi. Spokój przestrzeni, cisza i ogrom pracy mieszkańców o miękkiej gwarze, którzy dbają o swoją ziemię pielęgnując pola, sady, ule.

Dopiero tutaj, w małym mazowieckim miasteczku zaczęłam doceniać, że ludzie nie są anonimowi i kojarzyć z nimi poszczególne produkty. Jajka od starszego pana, który sprzedaje je na mendle, smakują lepiej niż te ze sklepu z zerem na stemplu. Biały ser z małej mleczarni jest twardy jak zimne masło, można kroić go w plastry i smażyć z szałwią. Małe warzywniaki, w których w zależności od miesiąca pachnie ściana pomidorów lub jabłek w różnych rodzajach i kolorach. Wszystko stąd. Lokalne, prawdziwe, sezonowe. Właścicieli sklepików znam z imienia. Zawsze wiem czego się spodziewać. Przestałam zwracać uwagę na firmy, bo to oni są firmą samą w sobie. Nie mam złudzeń, że każdy z nich ma ekologiczne pole, ale ufam, że ich dostawcy są sprawdzeni. Inaczej nikt nie kupowałby u nich od kilkudziesięciu lat.

Pewnie część z Was uzna to wszystko za oczywistą oczywistość, a może ktoś zastanowi się ile rodzajów pomidorów widuje w środku sezonu w pobliskim supermarkecie, a może ktoś inny pomyśli o idyllicznej Toskanii czy Umbrii, do której jedzie się, żeby poczuć się lokalnie i najzwyczajniej w świecie normalnie i swojsko. A może ktoś inny zatrzyma się na chwilę jadąc na Mazury trasą szybkiego ruchu.
Trwa ładowanie komentarzy...