O autorze
Tłumaczka, dziennikarka, poetka. Introwertyczka obserwująca świat i ludzi z bezpiecznej odległości. Skończyła lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim. Nieustannie zafascynowana słowem, językiem, ludźmi, muzyką.

Dlaczego zdradziłam Mozarta z YouTube

Minęły lata fascynacji, melancholii, koncertowych świateł i samotnych nocy, zanim zrozumiałam, czego szukam w muzyce. Zdążyłam tę sztukę znienawidzić i pokochać wiele razy. Nienawidziłam najbardziej wtedy, kiedy jako dziecko spędzałam monotonne godziny przy pianinie na zbyt wysokim stołku, a w moje myśli wdzierał się tykający metronom.

Jak większości rodzicom, moim też wydawało się, że najlepszym kierunkiem rozwoju muzycznej pasji dziecka będzie przetarta ścieżka, którą przeszli najwięksi w branży – państwowa szkoła muzyczna.

Płakałam przed próbami chóru (nie umiem śpiewać, ale raz w tygodniu musiałam ruszać ustami w pierwszym rzędzie), płakałam, kiedy dostawałam od nauczycieli po rękach linijką (dyscyplina to podstawa w nauce gry na instrumencie), płakałam, kiedy za moją dziecięcą, naiwną miłość do muzyki dostawałam jedynki z dyktand. Do dziś kiedy ktoś pyta mnie: „słyszysz, to chyba Mozart?”, wzdrygam się i udaję, że nie słyszę pytania. Melodii też nie rozpoznaję, wyparłam ją z głowy wieki temu. W klasyce nie słyszę emocji sensu stricto. Słyszę miliony powtórzeń, godziny ćwiczeń i wiem, ile w interpretacji jest spontaniczności. Widzę i doceniam jak nikt pracę, wytrwałość, rzemieślniczą precyzję i ekspresyjne pozy. Emocji nie czuję.

Szkoła muzyczna jest tak niedostosowana do realiów i potrzeb zachłyśniętego muzyką rozwijającego się człowieka jak tradycyjna szkoła, w której czyta się wszystkie lektury o rusyfikacji i martyrologii, ale gdy po latach słyszy się tytuły, trudno wymienić bohaterów. Zostają tylko zniechęcenie i frustracja. Coś tu nie gra.

Później klasyka poszła w odstawkę. Przeszłam zaciekawienie popem, rockiem, heavy metalem. Wszystkie te gatunki były dla mnie ważne na pewnym etapie życia. Uciekałam w muzykę od nastoletniego poczucia wykluczenia, spędzałam pierwsze chwile sam na sam z chłopakiem i tańczyłam w łazience. We wszystkich tych gatunkach czułam więcej niż w klasyce, może dlatego, że nikt nie rozkładał mi ich na czynniki pierwsze, a w kółko słuchana melodia przestała być grana wtedy, gdy zdarła się taśma kasety magnetofonowej, a nie wtedy, kiedy utwór wybrzmiał na akademii po pół roku ćwiczeń.

Paradoksalnie, w tym całym muzycznym roller coasterze oczy i uszy otworzył mi YouTube. Zrozumiałam, że muzyka to człowiek a nie technika i instrumenty. Pokochałam nieczystości, szmery, złą jakość i filmiki kręcone w bałaganie. Pokochałam fatalne popowe piosenki, którym ktoś anonimowy, a po chwili już zupełnie bliski, nadał duszę, sens, emocje. Dojrzałam do tego, że wystarcza głos i gitara, żeby muzyka mnie porwała i przeniosła w inny świat. Od dłuższego czasu nie słucham muzyki studyjnej. Włączam głównie to, co w tytule ma unplugged, acoustic czy live.

Zaczęłam drążyć, wracać do starych klimatów w nowej wersji. Zaczęłam się zachwycać i rozczarowywać. Znienawidziłam teledyski i koncerty z playbacku. Zobaczyłam, jak jeden z moich ulubionych rockowych artystów gra na ulicy a przechodzień nagrywa ten spontaniczny moment komórką. Dostrzegłam, że to dużo lepsze (nie wspominając o tym, że prawdziwsze) niż wychuchana piosenka na płycie. Polubiłam wokalistów, którzy mylą słowa i uśmiechają się przy tym w rozbrajający sposób.

Czuję, że takie podejście coraz bardziej wkrada się do naszej muzycznej świadomości. Trafiłam dziś na reklamę w telewizji. Ubrania, sieciówka, nudy. I muzyka. Cudowny, delikatny, romantyczny dziewczęcy głos bez zbędnych instrumentów. To cover, którego szukam od paru dni. Absolutnie wyjątkowy i eteryczny utwór, pierwotnie siermiężne disco z lat osiemdziesiątych i utapirowana Cyndi Lauper.

Znam ludzi, którzy słuchają muzyki dla techniki i analizują ją jak wiersz w szkole. Ja już nie analizuję, bo z takiego wiersza u mnie w głowie trochę środków stylistycznych. Pewnie dlatego nie czuję death metalu i muzyki klasycznej. Wiem też, że idziemy do przodu i nie ma w tym nic złego, żeby modyfikować, ulepszać, dopracowywać w najmniejszym szczególe, dodawać sztuczne efekty. Lubię przerabiać swoje zdjęcia w Photoshopie. Lubię odjąć sobie pieprzyki i pryszcze. Wiem, że wyglądam wtedy lepiej, ale czuję, że na tym nowym zdjęciu przestałam być sobą.
Trwa ładowanie komentarzy...